Spotkanie rodziny i przyjaciół w Gorajcu 17 lipca 2010 roku
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
Page:[1] [2]
|
|||
Niestety "III
Gorajeckie Folkowisko" przeszło
do historii, jednak po raz kolejny była to najlepsza, najludniejsza
i najgłośniejsza impreza sezonu. Pogoda i atmosfera dopisały, ale
opowiedzmy o wszystkim po kolei.
Dzięki odkryciu
niesamowitych zdolności ciesielskich u Pana Mirka, Folkowisko
znacznie rozbudowało swoje zaplecze. Zbudowany potajemnie krąg
ogniskowy zrobił wrażenie na wszystkich przybyłych, zaskoczyły
"soboty",
czyli nasze nowe wiaty biesiadne, pod którymi pierwsi goście
spędzili już piątkową noc (można więc ich nazwę śmiało
zmienić na "piątki"). Dla niewtajemniczonych "soboty"
to szerokie zadaszenie pod cerkwią, gdzie przybywający pielgrzymi
spędzali sobotnią noc, poprzedzająca poranne niedzielne
nabożeństwo.
Dzieciarnia miała frajdę
ze wspinaczki na świeżo ukończoną ambonę, doskonały punkt,z
którego obserwowano podchodzące pod Chutor dzikie zwierzęta oraz
zbliżającego się potencjalnego "wroga".
Wróćmy jednak do
chronologii. Najbardziej spragnieni przygód goście zjawili się w
Chutorze Gorajec już w piątek. Aby ostudzić ich zapał oraz
przystosować do panujących temperatur (+34 C), imprezę
rozpoczęliśmy od wieczornej kąpieli w cieszanowskim zalewie. Po
czym nastąpiła trwająca do późnych godzin nocnych aklimatyzacja
przy muzyce i śpiewie zakończona zbiorowym spaniem na sianie.
Ponieważ
nasz harmonogram był dość napięty, już o godzinie 5 nad ranem
nasz "przewodnik Marcin" zorganizował capstrzyk i cała
ekipa wyruszyła na poranną wyprawę wywiadowczą "W
poszukiwaniu źródeł Gnojnika".
Paweł z Maćkiem roztropnie zaopatrzyli się w sprzęt ciężki
(gumofilce), nie ochroniły one jednak ich od chmar grasujących
BĄK-ów (nie mylić z Robertem B.). Wyprawa na Kobyle Jezioro oraz
Wielki Dział obfitowała w liczne przygody połączone ze zbieraniem
grzybów, jagód i wojną na szyszki.
W tym czasie w Chutorze z
godziny na godzinę przybywało gości, na szczęście nasze piwnice
przygotowane były na długotrwałe oblężenie. Robert z Jolą
nawarzyli w tym czasie około 20 litrów grochówki, serwowanej
wygłodniałym gościom wprost z dymiącej kuchni polowej.
W czasie, gdy część
naszych gości sprawdzała głębie naszych piwnic, reszta
"kuracjuszy" rozgrywała zarówno biernie (kibicując) jak
i czynnie (grając) międzynarodowe mecze piłki siatkowej. W
konkursie na gracza meczu publiczność bezapelacyjnie wybrała Martę
i Marinę.
Po wielogodzinnej grze
ponownie ochłodę znaleźliśmy w cieszanowskim zalewie, choć woda
była tak ciepła, że niektórzy twierdzili, iż najprawdopodobniej
jest podgrzewana specjalnymi grzałkami lub to jakieś geotermalne
jezioro. Dzięki nieprzebranym
zapasom z kufrów pani Joli pracownicy banków, architekci,
inżynierowie oraz księgowe w mgnieniu oka i choć na chwilę
zmienili się w pańszczyźnianych chłopów, panny na wydaniu,
wolnych kozaków i ruszyli w pola, a przy okazji powstała
fantastyczna sesja fotograficzna o zachodzie słońca.
A gdy już zapadł zmrok,
rozpoczęła się prawdziwa kozacka hulanka, z tańcami, popisami
siły i wytrzymałości głowy. Jak co roku punktem kulminacyjnym
nocy był odtańczony przez wszystkich uczestników polonez. Reszta
imprezy okryta jest mgiełką tajemnicy, która podniosła się znad
Gnojnika tej nocy.
Ponieważ noc pod
gwiazdami czy w brogu siana niweluje wszelkie zmęczenie, już o 9
rano byliśmy gotowi do kolejnej wyprawy wywiadowczej, tym razem
postanowiliśmy sprawdzić dokąd zmierza Gnojnik. Nazwa naszej
rzeczki nie jest zbyt zachęcająca, ma ona jednak swoje proste
wytłumaczenie. Bierze się od koloru płynącej nią wody
zabarwionej leczniczą borowiną oraz wypłukiwanym z podłoża
torfem. Mieszanką, za którą niejeden ośrodek SPA żąda
bajońskich sum.
Tak oto dwunastu
najwytrwalszych uczestników zeszłonocnej hulanki ruszyło jak w
programie "Pieprz i wanilia" w poszukiwaniu ujścia
Gnojnika, po drodze napotykając żeremia bobrowe, poidła saren i
dzików, a nad głowami magicznie unosiły się dziesiątki
błękitnych ważek, chłód zapewniały nam nadbrzeżne szuwary oraz
lodowata woda strumienia, zasilanego licznymi źródłami. Natomiast
rozmowa nasza przez 3 godziny skupiała się na jednym temacie -
kołkach. Zapytacie - jak to jest możliwe? Otóż, wiele lat temu
próbowano Gnojnik zmeliorować, a rzeczka najwyraźniej o tym
zapomniała i zmieniła swój bieg prowadząc istny slalomgigant
między umieszczonymi przez ludzi kołkami, które teraz obróciły
się przeciw nam, utrudniając marsz w mętnych wodach zdradliwego
Gnojnika, bo kto pod kim dołki (kołki) kopie, sam w nie wpada.
Gdzieniegdzie kołków było więcej niż na Madejowym łożu, a
Karol Madejek czuł się jak fakir, prowadząc wraz z Robertem
kolumnę marszową.
Tak po trudach wielu
dotarliśmy do ukrytego w lesie dawnego cmentarza w Żukowie, sił
jednak na zwiedzanie już zabrakło i musieliśmy wezwać podwody,
żeby wyczerpanych turystów odwieść do Gorajca.
Niedzielny wieczór to już
wyłącznie święto Mikołaja, w kościele w Grodysławicach odbył
się jego chrzest i tu Mikołaj udowodnił, że to on jest królem
ceremonii, pełzał, łaził, zaglądał w każdy kąt, rozbawił
nawet księdza Adama.
Wieczorem,ci co byli
jeszcze w stanie, kontynuowali imprezę w Gorajcu. Ekipa z dnia na
dzień wykruszała się coraz bardziej, świeży oddech imprezie
dodały przybyłe w środę posiłki z Poniatowej i Tomaszowa.
Mogliśmy więc znowu wyruszyć na wyprawy wywiadowcze. Pan Zbyszek
(w okolicy znany jako Zielarz), jak prawdziwy indiański przewodnik
wiódł nas przez głusze otaczających Gorajec lasów, a opowiadane
przez niego historie o wilkach, rysiach i orłach jeżyły włos na
głowie nawet najodważniejszym. Prawdziwy strach padł na nas, gdy
odnaleźliśmy kości rozszarpanego przez wilki olbrzymiego jelenia
(dziesiątaka). Jednak nasz "maczetero" wiódł nas przez
gęstwinę prowadząc w tylko jemu znane miejsca obfitujące w grzyby
i jagody. Kulminacją tej leśnej wyprawy było odnalezienie jednego
z tajnych leśnych schronów, wykopanych tu przez oddziały UPA w
latach 40 XX wieku. Nie było to miejsce łatwe do odszukania w
czasach wojny, a tym bardziej teraz. Nie każdy więc może tu
dotrzeć.
W piątek wraz z
Maćkiem wytyczyliśmy nowy, chyba najciekawszy szlak Gorajca,
wymagający sporo determinacji. Nazwaliśmy go szlakiem
ekstremalnym, pokazuje on jednak to, co
u nas najpiękniejsze. Prowadzi od Chutoru polną drogą, aż do
kapliczki "cudami słynącej", gdzie zakręca w prawo,
kierując się w stronę Łówczanki ,czyli drugiej rzeczki Gorajca.
Ten dziki nieuregulowany strumień to prawdziwa autostrada przez las,
miękki piasek, bystry nurt i urokliwe zakola sprawiają, że podróż
nią, to czysta przyjemność. Największym zaskoczeniem dla nas było
pięć stawideł przecinających Łówczankę, które to jako
odkrywcy postanowiliśmy nazwać (Peremoha, Poroh, Brzozowy, Raka i
Głęboki), najwyższy z wodospadów znajdujących się na nich jest
na metr wysoki, każda nazwa jest z czymś związana, ale nie
zdradzajmy lepiej tego przyszłym poszukiwaczom przygód. Na brzeg
wdrapaliśmy się dopiero w Sihle, czyli dawnym przysiółku Gorajca,
prawdziwej wyspie, wśród mokradeł i bagien, dawnym bastionie
komendanta sotni "mesniki" - "Żelezniaka". Ze
znajdujących się tu niegdyś siedmiu zagród pozostały jedynie
kupy zarośniętych gruzów, na nieuważnych turystów czekają tu
jednak ciągle zasadzki, czyli doskonale zamaskowane przez przyrodę
głębokie studnie, przypominające wilcze doły. Droga powrotna to
już tylko spacerek przez las, pełen grzybów i jagód, leśny dukt
prowadzi nas wprost do Gorajca, a całość wyprawy zajmuje około
2-3 godzin.
Ostatni goście wyjechali
od nas w sobotę, więc można powiedzieć, że Gorajeckie Folkowisko
trwało w roku 2010 tydzień z okładem. Jednorazowo bawiło się u
nas ponad 40 gości, a przez ten tydzień przewinęło się ich
minimum 60.
Już dziś zapraszamy na przyszłoroczne IV Folkowisko, Chutor Gorajec ma ciągle wiele tajemnic do odkrycia.
Pozdrawiamy
Chutor Gorajec
Zobacz zdjęcia >>>>
Photo album created with Web Album Generator